Senex ex machina.

Joanna Bator to moja ukochana autorka. Ostatnio. Mam nadzieję, że pozostanie nią dłużej, niż Olga Tokarczuk i nie napisze tak słabej książki, jak „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Na razie nie napisała. Napisała inną. I to nie tylko inną – nie słabą, ale inną niż wszystkie swoje poprzednie książki fabularne.

W centrum jest opowieść. Nie tak, jak w „Chmurdalii” albo „Piaskowej Górze”, gdzie cała rzecz (i fabuła, i bohaterowie, i to, co między wersami) została mi przekazana zapisanym językiem żywej, mówionej, swobodnie toczącej się opowieści. Nie tak jak „Ciemno, prawie noc”, gdzie poszukiwanie mordercy – fabuła – jak w każdej książce kryminalnej chce się wybić na pierwszy plan. Tu, w „Roku królika”, język jest zadaniem – jest gęsty od nieoczywistych porównań, zaskakujących przenośni, bardzo zmysłowy – pełen zapachów, smaków, wrażeń dotykowych. Niemal każda fraza zahacza mózg czytelnika bardzo wyraźnym wrażeniem. Ci z bogatą wyobraźnią będą czytać tę książkę długo – zdanie po zdaniu, będą kosztować ją bez pośpiechu (dla nich w takich sytuacjach jest on nie do pomyślenia), jak smakosz obiad z dwunastu dań. Nie ma wyjścia – trzeba iść za narratorką i jakoś odnaleźć się w tym świecie obrazów i odbić, kontrastów i wrażeń, muśnięć i uderzeń, nostalgii i humoru, faktu i nierzeczywistości.

Bohaterką jest Julia Mrok – autorka powieści historycznych dla kobiet, wychowanka domu dziecka, osoba bez rodziny, bez historii, bez korzeni. Ma „wbudowany” fabularny sejsmograf, który czuły jest na dobrą historię – ma ucho (lewe), które  zaczyna swędzieć, mrowić, czerwienić się, a nawet płonąć z gorąca w obecności kogoś, kto skrywa fascynującą opowieść. Posunie się do wszystkiego, by ową historię z tego kogoś wyciągnąć. Tak… do wszystkiego. Czytelnik poznaje niebieskooką blondynkę Julię Mrok, kiedy ta zaczyna nowe życie. Porzuca swój dom, który dzieliła z dwoma kochankami, pozoruje własną śmierć (morderstwo), zrywa wszystkie kontakty, farbuje włosy, zakłada soczewki, pozbywa się samochodu, komputera, telefonu, dokumentów i zamienia je na nowe – rudowłosej i brązowookiej Anny Karr. Zaczyna poszukiwanie własnej historii.

Impulsem do uruchomienia dawno przygotowanego planu ucieczki od smutniejącej coraz bardziej rzeczywistości stał się nagłówek tabloidu, mówiący o wielkim króliku grozy grasującym w Ząbkowicach Śląskich i atakującym miejscowych. W z pozoru niegroźnego futrzaka miała wejść dusza nieszczęśliwej kobiety, zgwałconej i zamordowanej, mszczącej się w ten sposób na oprawcach. Absurd? Owszem… Ale Julia Mrok z kochankami – Alem i Aleksandrem – uwielbiali wyszukiwać co zgrabniej skonstruowane nagłówki z brukowców – straszne, pokraczne, groteskowe, okrutne. Podobnie nowa – Anna Karr – uczyniła nagłówki motorem swoich działań. Kierowała się znakami, który każdy normalny uznałby za szczegóły pozbawione znaczenia. Dlaczego tak robi? Czy nieraz idiotyczne nagłówki tabloidów mogłyby układać się w logicznie wyglądający drogowskaz? Dlaczego Anna Karr postanowiła tworzyć sens z bezsensu, organizować swoją nową rzeczywistość w oparciu o strzępy tanich gazet? Może dlatego, że dotychczasowe życie rozpadło się i straciło sens? Zapowiadająca się tak szczęśliwie, oparta o ustalone i przedyskutowane wcześniej z kochankami założenia wspólna egzystencja straciła równowagę i załamała się. To absurd i tabloidowa iluzja tworzą teraz tkankę życia rudowłosej Anny.

Na czym polega poszukiwanie przez Annę Karr własnej historii? I czy to jest w ogóle możliwe? Bo jak można poszukiwać korzeni, jeśli się porzuciło swoją dotychczasową tożsamość? Nic jednak w tej powieści nie dzieje się według zasad logiki. W pewnym momencie bohaterka zdaje sobie sprawę, że towarzyszące jej od dziecka poczucie dojmującej utraty musi wiązać się z utratą części siebie, albo kogoś, kto mógł być częścią niej – kogoś najbliższego – siostry bliźniaczki. Wyprawa do Ząbkowic Śląskich – miasta Frankenstein – staje się podróżą w poszukiwaniu siostry. Nie podąża jednak śladami, bo tych nie ma, ale intuicjami: skoro nie dający spokoju nagłówek prasowy o króliku grozy prowadzi ją do Ząbkowic, to znak, że jej historia tam właśnie ma się zacząć. I rzeczywiście się zaczyna. Tu jednak czytelnik daje się zwieść – a przynajmniej ja się dałam. Wyobraziłam sobie, że Anna Karr w końcu odnajdzie i pozna siostrę, zalepi utratę, napisze powieść o Sandrze, zacznie pracować w SPA pod Królikiem na stałe albo serwie z tą działalnością, że poznam przeszłość właścicielki hotelu o dwóch twarzach albo dalsze losy Emilka z zajęczą wargą. Sądziłam, że historia Anny Karr w Ząbkowicach – mieście Frankenstein to jest właśnie ta opowieść, która ma się toczyć. A ona została porzucona. Kilka niezwykle barwnych postaci zostało osieroconych w tym smutnym miasteczku i już nie ma do nich powrotu – nikt mi o nich nie opowie, a takich zdolności do wymyślania opowieści jak rozdwojona narratorka nie mam.

To ja teraz odczuwam wielką utratę. Wyrwano mi zakończenia, odjęto mi rozwiązania, odmówiono mi happy albo chociaż tragic endu. Dlaczego? Bo w pewnym momencie pojawił się półnagi starzec z orderami i galopującą demencją, który wywraca wszystko do góry nogami, przyspiesza akcję tak, że trudno nadążyć i przenosi ją w zupełnie inną przestrzeń. Senex ex machina! Nagle okazuje się, że historia rozgrywająca się w Ząbkowicach nie jest tematem książki. Nie o tym, nie o tym, nie o tym… Poszukiwanie siostry w miasteczku Frankenstein jest tylko etapem w poszukiwaniu nowej siebie, który można bez żalu porzucić i skierować się gdzieś zupełnie indziej.

Wygląda na to (bo kto to wie na pewno?!), że Joanna Bator zabawia się moim czytelniczym przywiązaniem do wyjaśnionych historii, kpi sobie leciutko z potrzeby porządku logicznego w tym, co się w powieści dzieje. Pisze książkę o tym, że własną historię można zacząć od zera (a przecież WIADOMO, że zupełnie od nowa nie da się zacząć i że stare życie zawsze człowieka w końcu dopada). Ostatecznie nie poznajemy ani historii z pisanej przez Karr powieści, ani historii ludzi z Ząbkowic, ani nowej życiowej historii Anny Karr, która znika gdzieś za horyzontem. Najlepiej znamy opowieść o Julii Mrok – tę, którą ona sama uznała za niewystarczającą. Tylko… co to za znajomość, skoro nie znamy początku, a koniec jest, wiecie sami, taki z przymrużeniem oka – na 90%. Tym, co istotne, czyli tym, co mi zostaje po przeczytaniu „Roku królika” jest tworzenie opowieści. Snucie historii. Pisanie o tym, co wcześniej tak pięknie zostało zrealizowane w „Piaskowej Górze” i „Chmurdalii”.

Joanna Bator
„Rok królika”
Wydawnictwo Znak
Kraków 2016

PS Polecam do przeczytania także inną recenzję tej książki.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Senex ex machina.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s