Z Andrzeja Stasiuka (1)

„Dlatego w poszukiwaniu czegoś, co przypominałoby życie, włączam w końcu radio z Torunia (…). Bolesław z Tarnowa, Zenon z Warmii. »Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica, czy już mnie słychać?« Drżące, przejęte, szczęśliwe, nieskładne. Żywe. Zwłaszcza na tle gładkiej ględźby ojców prowadzących. Ich też słucham, chociaż szukam odruchowo guzika »przewiń«. Żeby dali im spokój. Janinie z Poznania. Jerzemu z Lubartowa. Żeby pozwolili im mówić, żeby nie odpowiadali na pytania, zanim zostaną zadane. Żeby byli cicho. Żeby nie psuli wielkich opowieści o człowieczym losie, żeby nie wtryniali swoich didaskaliów do dramatu istnienia, o które nikt się nie upomina.”

Andrzej Stasiuk, „De profundis”, [w:] „Kroniki beskidzkie i światowe”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2018 r., s. 92-93.

Pomijając fakt, że Jerzy, Zenon, Janina czy Bolesław dzwonią konkretnie do radia z Torunia właśnie po to, by ojciec prowadzący pomógł znaleźć odpowiedź na takie czy inne życiowe pytania, to wydaje mi się… Wydaje mi się, że to by było coś fascynującego, gdyby stworzyć audycję radiową, w której cała antena byłaby oddana słuchaczowi. Żeby właśnie czyjaś opowieść mogła potoczyć się swobodnie, by nikt nie przerywał. ŻEBY NIE BYŁO PROWADZĄCEGO. Żeby Teresa z Zakarpacia mogła zadzwonić i opowiedzieć swoją historię — poprzerywaną, pełną dygresji, nieskładności, błędów składniowych, stylistycznych, przejęzyczeń, pełną wzruszenia, miłości, nienawiści, radości, gniewu i innych. Autentyczną. Z tą kojącą świadomością, że nie mówi do ściany, tylko do wielu, wielu skupionych na jej historii. Kolejny słuchacz mógłby uzyskać połączenie, kiedy poprzedni skończy mówić i sam, z własnej woli, zachrypnięty i zmęczony opowiadaniem, odłoży słuchawkę.

stasiuk_kroniki_beskidzkie_okladka.jpeg

Reklamy

Złatna. Z i do.

Dostałam zaproszenie w góry. Odpowiedź była prosta. I plan był prosty. Wszak nie ma nic łatwiejszego, niż wyjście w góry! Pobudka o świcie, śniadanie w samochodzie, buty z bagażnika i marsz. Kijków zapomnieliśmy. Dlatego nic nie przeniosło się na ręce i barki i przez całą drogę dźwigaliśmy wszystko na własnych nogach. Cóż. Wchodziliśmy na czarny szlak w ZłatnejCzytaj dalej

Kupa kości.

Czuję się jak kupa kości.

Wiecie, jak to wyglądało czasem na kreskówkach. Psu (np. Pluto) śni się piękny sen. Przyjeżdża ciężarówka i z paki wysypuje się przed budę cała góra białych kości. I kiedy one się tak wysypują, rozlega się suchy szczęk upadających na ziemię i uderzających o siebie piszczeli, udowych, strzałek i innych takich badyli. Czytaj dalej